Myjnia
marzec 15, 2007
- Linaaa, co rooobisz? - Lijun przyłapuje mnie jak nalewam wodę do miski.
- Eeee, będę kąpać skuter - wyjaśniam niechętnie.
- W gorącej? - na ułamek sekundy wsadza palucha.
- W gorącej? - próbuję zdystansować się do własnego rozdrażnienia i odwracam kaczkę ogonem.
- W deszczowy dzień chcesz kąpać skuter? - ironicznie wyszczerza się Sezhang, którego tu przed chwilą nie było.
- To pierwszy raz od roku, więc pogoda tu nie gra roli - czuję się złamana. - Właśnie przed godziną zdałam na prawo jazdy i muszę to oblać.
- Wiesz gdzie jest Most Huajiang - szepcze poufale Lijun wywijając zalotnie wargi na zawnątrz - Co nie?
- Wiem.
- To tam jest m y j n i a, umyją ci go za dwudziestkę.
- I…? - udaję, że nasza rozmowa jest jak rozsypane koraliki, każde słowo leży spory kawałek od innych i dlatego nie łapię powiązań między nimi.
- Po co ci się samej trudzić, jeśli ma się innych ludzi? - wykrzykuje na odchodne, na co ja już nie znajduję kąśliwej riposty. Zbieram swoje ściereczki i tylko patrzę za nimi zazdrośnie, jak idą w stronę szkoły i paplają. Mądrale.
Kluczenie
marzec 15, 2007
Jedna z reklam społecznych którą lubię, wisi w pociągach metra. Przedstawia mnicha buddyjskiego stojącego na krawędzi wieżowca oraz napis: “Góra nie kluczy, droga kluczy; droga nie kluczy, człowiek kluczy; człowiek nie kluczy, serce kluczy. Pomyśl jeszcze dwie minuty, niekoniecznie musisz skakać*. Jest tyle dróg na Ziemi do wyboru.”
山不轉路轉 路不轉人轉 人不轉心轉
多想兩分鐘
你可以不必自殺
還有許多的活路可走
Zapuściłam wędkę i nawet znalazłam pasujący klocek na Youtube (klik)
* oryg. popełnić samobójstwo, tylko po polsku jakoś mi formalnie brzmi
Piłaś? Nie jedź.
marzec 15, 2007
- Jiu hou bu kaiche - mówi do mnie pani od ubezpieczeń i podaje mi wykupioną przeze mnie polisę na rozbijanie się skuterem. Patrzy mi poważnie w oczy. A ja poważnie zastanawiam się, czy się nie obrazić. Znaczy to bowiem: proszę nie prowadzić po spożyciu alkoholu. Chyba ma męża Plastusia albo jest lesbijką.
Przypomnienie, żeby nie pić przed podróżą autem jest nawet wykaligrafowane na jogurtach. Wzbudza to podejrzenie, że Tajwańczyki są moczymordy, a przecież wcale tak nie jest. Zakazy, instrukcje i obowiązki życia społecznego rozwieszane są w metrze, toaletach publicznych, placówkach oświatowych oraz tradycyjnie przekazywane gębowo, jak w ośrodku ruchu drogowego, w którym zdawałam egzamin na prawo jazdy.
Wszędobylskie przewodniki po codziennym życiu wśród ludzi przypominają nam o częstym myciu rąk, piciu dużej ilości wody, ćwiczeniom fizycznym przynajmniej trzy razy w tygodniu, ostrzegają przed chodzeniem na wysokich obcasach.
Jakbyśmy byli nieskończenie dodatnim zbiorem dzidziusiów, które rozlezą się bezmyślnie jeśli nikt ich w porę nie złapie za kaftan i nie ureguluje. Jak potem odnaleźć się w Europie, gdzie zamiast spójnego komunikatu organu państwa do organów obywatela oczekuje się od nas zdolności do wielorakiej interpretacji każdego ułamka świata przedstawionego?
Zęby
marzec 10, 2007
a w ogole to jeszcze cos smiesznego.
przed chwila jak wracalam od kanadyjczykow to byla juz noc, pierwsza, zawsze pustki o tej porze w kampusie
ale tym razem przed akademikiem stoi ade i pali papierosa
ade jest z mojego roku, szkola sie bardzo przejmuje
wszystkim sie bardzo przejmuje, ma smiertelnie powazny stosunek do zycia ze az czasami ciarki czlowieka przechodza
ale ja nie o tym
no i stanelam kolo niego na pogawedke
w trakcie rozmowy przypadkiem namacalam zeby wampira w kieszeni
i odwrocilam sie na chwile zeby je zalozyc
potem zrobilam numer jacksonowy, ukrylam twarz w dloniach, po czym podnioslam glowe i sie wyszczerzylam
i ade jak nie krzyknal
naprawde sie przestraszyl
w sumie nic dziwnego, bylo ciemno i nikogo poza nami nie bylo
Śmiechy1
marzec 9, 2007
Na początku się tego nie zauważało, bo na początku wszystko bylo dziwne. A kiedy wszystko dookoła wydaje się dziwne i obce, niektóre szczegóły umykają naszej uwadze.
Lonely Planet pisze, że jak Chińczycy czują się zażenowani, to się śmieją. Nadepnie ci taki nieznajomy Tajwańczyk na nogę i parska śmiechem, z zażenowania.
Ale jak spadnie na ciebie jakieś nieszczęście z zewnątrz, też się śmieją, kanalie. Zatkał mi się kibel w akademiku i przez dwa dni nikt nie przyszedł go przetkać. Kaixin umierał ze śmiechu, jak mu się zwierzyłam. Zapytał zalotnie, czy śmierdzi. A śmierdzi, czyli wszystko wygląda jak w konwencjonalnej komedii rodzinnej. Nawet wkładałam prawą rękę po łokieć, żeby sama odetkać, ale nie przyszło mi do głowy żeby to sfilmować i popchnąć na Youtube.
Śmiechy2
marzec 9, 2007
W zeszłym tygodniu podsłuchuję, jak moja współlokatorka rozmawia przez telefon ze swoją profesor od tańca. Ustalają termin, do kiedy Qianqian musi oddać esej na temat Penche, czyli jednej z figur tanecznych, w której to Qianqian też potrafi się wygiąć.
- To ja w takim razie wieczorem wyślę mój esej pani profesor do sprawdzenia, dobrze?– zdanie kończy perlisty rechot, aż podnoszę się na łokciach, bo właśnie leżę na płask na swoim łóżkowym piętrze, i odpoczywam. - To którą część najpierw poprawić? –chichocze Qianqian w słuchawkę. – Czy po angielsku może tak zostać? Czy dodać jeszcze kilka zdań, bo jakoś krótko jest - krztusi się wesoło. – Dziękuję bardzo pani profesor za cierpliwość, hahahaha.
Chyba jest speszona, że rozmawia z wyższą instancją. Niepokojący, rozstrajający, psychopatyczny efekt. W imię protestu odwracam się do ściany i zapadam w drzemkę.
Szczęśliwego Roku Świni
luty 11, 2007

Wycieczka 28 XII
grudzień 29, 2006
- Chciałem jechać dzisiaj nad morze, ale pada deszcz - poskarżył się rano w szkole Aka.
Mi jakoś nie przyszło do głowy, żeby jechać nad morze. Ale już stoję na stacji, żeby popatrzeć, jakie jeżdżą pociagi. Godzina 13:35. Wsiadłam w ten do Keelung. Potem autobus do Badou. Deszcz pada i jest ciemno. Tajwan za oknem się rozmazuje, a koło mnie baby z torbami gadają. Jest bardzo prowincjnalnie i śmierdzi spalinami. Licealista okłamuje rozmówcę przez komórkę, że jest korek na drodze. W Badou okazuje się, że nie ma plaży. Pani z Seven-eleven, gdzie pytam o drogę, przeprasza mnie za tę niedogodność i proponuje w zamian punkt widokowy o tam - macha ręką przed siebie. Piętnaście minut wspinam się na błyszczącą od deszczu górę, skąd roztacza się widok na ocean; wiatr nim szarpie i mną szarpie wściekle próbując zepchnąć z kamiennego stołu na którym stoję sobie jak pomink Marii Konopnickiej w Suwałkach.
Wracając gubię się na chwilę, ale zaraz z przyjemnością trafiam na sklep i kupuję suche skarpetki oraz prezydenckiego Taipei Timesa, żeby wypchać mokre buty. Autobus powrotny pełen jest tworów gimnazjalno-licealnych w niebieskich dresomundurkach. Chichrają się, a jakaś para za mną gada w zwolnionym tempie, jakby byli nienormalni, ale zapominam się obejrzeć przy wysiadaniu i w końcu nie wiem, czy naprawdę byli nienormalni. Rozmawiali o porannym wstawaniu, o której godzinie dziś wstali i o której generalnie wstają oraz jak w tym względzie wypadają ich rodzice. Mama chłopca wstaje o dziewiątej. Ale dobrze jest wstawać o ósmej trzydzieści. Pomylony bełkot podpiłował moją przesiąkniętą deszczem czaszkę i zrobiło mi się słabo.
Pociąg. Zięć Chen Shui Biana (prezydent) został skazany na 6 lat więzienia za bulwersujące malwersacjo-defraudacje, ojciec zięcia na 8. To pierwsza strona Taipei Timesa, ale tekst mały i nie ma żadnego zdjęcia, za to na samym środku informacja o matce, która zginęła podczas trzęsienia ziemi ratując swoje dzieci i fotografia jej roześmianego synka. Wypycham buty sportem i dodatkiem biznesowym.
Jak dojeżdżam do Tajpej jest szósta, ciemno i tylko 10 stopni. Odgrzewam wczorajszą zupę marchwiowo-rzodkwiową i w międzyczasie rozpłaszczam karalucha, który płochliwie wysypuje się z lodówki. Dobrze, że Qianqian nie widzi. Szczura jakoś przełknęła, ale karaluchy to byłaby już lekka przesada. Przeczytaj pozostałą część wpisu »
Wesołych Świąt
grudzień 27, 2006
Elfi taniec, warto poczekać aż się załaduje