You are currently browsing the category archive for the 'wiosna 2009' category.
Wybija dziesiąta wieczorem. Yating nerwowo przebiera nogami pod szklanym stolikiem.
- To ja już pójdę – mówi zesztywniałym głosem. Już na nią czeka woźnica i koń malowany w serduszka. Wychodzi gubiąc brokatowe pantofelki.
Yating (26) jak zawsze opuszcza naszą prywatkę wcześnie, zgodnie z przykazaniem rodziców. Rodzice i Yating mieszkają razem od chwili urodzenia Yating i mieszkać będą aż do jej zamążpójścia. Wtedy Yating wprowadzi sie do rodziców męża, albo przy odrobinie szczęścia młodemu małżeństwu uda się wynegocjować własne cztery kąty. Ale na razie za wcześnie na śluby, Yating pomyśli o tym jak skończy przynajmniej trzydzieści dwa lata. Na razie od lat kilku spotyka się ze swoim chłopakiem Jianguo (30) w mieście. Idą na kolację, na film, na kawę, do galerii, albo prosto do hotelu miłości i biorą pokój na godziny. Aż do momentu, kiedy wybije dziesiąta.
W domu czekają na nią mama, tata i siostra. Mama już w pokoju przed telewizorem, ojciec z siostrą jeszcze na dole w sklepie. Mini sklep z artykułami pierwszej potrzeby otwarty jest do późna, to ich wspólny rodzinny interes. Yating zmienia ojca na posterunku, siada z siostrą przy ladzie. Siostra, Renpei (16), odrabia zadanie domowe. Sklep jest pusty, ale nie ma co tak wcześnie zamykać, skoro zawsze jeszcze ktoś wpadnie po napój albo zupkę z proszku. A łóżko dokładnie na piętrze nad głową, właściwie to sklep jest częścią domu. Yating podkręca głos w telewizorze.
- Jadłaś? – mama zeszła się przywitać w przerwie na reklamy. – Rozmawiałam ze starym Ma i mówił, że na pewno będą potrzebować kogoś nowego w banku, obiecałam że wpadniesz sama się wypytać.
Yating nie odpowiada. Nie chce pracować w banku. Nie mówi tego głośno, nigdy nie sprzeciwia się matce wprost, postanawia grzecznie przeczekać. Uważana jest za najsłabsze ogniwo rodziny Yang i ma z tego powodu poczucie winy. Za mało wysiłku wkłada we wspólny rodzinny interes, nie realizuje pokładanych w niej nadziei, nie wypełnia swoich psich obowiązków.
Jedenasta, pora na spoczynek. Renpei przysnęła z głową skuloną na dłoniach.
Mieszkanie z rodzicami w dojrzałym wieku dwudziestu sześciu lat jawi się Europejczykowi jako mały horror. Normalny człowiek się wyprowadza, a nie dzieli pokój z dorastającą siostrą codziennie słuchając świeżej porcji matczynych mądrości. W chińskiej kulturze oczywistością jest, że cała rodzina mieszka pod jednym dachem tak długo jak się tylko da.
- Bo tak jest raźniej – irytuje się pytaniem wiozący mnie taksówkarz. – Skoro wszyscy się zmieścimy, czemu mielibyśmy pozwolić na separację?
Yating odgraża się przeprowadzką i choć zarabia swoje własne pieniądze wie, że to nierealne. Albo własny pokój z łazienką z dala od starych, albo brokatowe pantofelki i torebka od Gucciego raz w miesiącu. Zresztą nie wie jak poradzić sobie samej, ogarnąć cotygodniowe pranie i zarządzanie rachunkami. Nikt nigdy tego od niej nie wymagał. Jej chłopak radzi, żeby nie myślała za dużo. Nie ma sie co martwić póki nie ma wyraźnego nacisku na zmianę pracy czy stylu życia ze strony jej żywicieli. Sam przyznaje, że jego potencjalną wyprowadzkę jego własna liczna rodzina odebrałaby jako bolesny policzek. Jego przyszła żona wprowadzi się więc do nich zaraz po ślubie – planuje głośno. Na razie jednak nie ma małżeńskich zamiarów. Najpierw musiałby przedstawić Yating rodzicom i dziadkom, którzy nigdy jej nie widzieli. Ale jeszcze jest wcześnie, po co zawczasu komplikować sytuację – wyjaśnia.
“I’ve never made a film that I didn’t believe in, you know?” Tom Cruise
Nie lubię jak ktoś się uśmiecha handlowo. Tom Cruise się uśmiecha na sprzedaż. I sprzedawcy ciągle się uśmiechają.
Przed mostem na ziemi siedzi baba ze szpinakiem, a ja przechodzę obok. Gorączkowo pokazuje na swój towar i odsłania szeroko zęby do potencjalnej klientki. Pod mostem przepływają łódki. Mimochodem obserwuję góry w oddali.
Za mostem siedzi baba z owocem. Czeka, aż się ukłonię i mówi: A owoca by dzisiaj kupiła.
„I’ve never bought fruits when I was on my way to work, you know?“
Jestem w wielkim supermarkecie na jednym z wyższych pięter potężnego drapacza chmur. Chcę zrobić zakupy, wchodzę bez koszyka i nakładam sobie wszystko czego potrzebuję na ręce. Idę w stronę kasy, widzę panią kasjerkę wystukującą cyferki na maszynie liczącej. Moja kolej. Nagle uświadamiam sobie, że nie mam przy sobie portfela. Jest już za późno, żeby uciekać. Kasjerka robi się jakby coraz większa ponad stosem żółtych bananów, który jest na samej górze sterty wynoszonych przeze mnie dóbr. Patrzy na mnie wyczekująco.
To jest chwila – niezdarnym, ale szybkim ruchem wyciągam z kieszeni pistolet i celuję w nią, prosto w jej głowę. Czuję w sobie przypływ mocy. Ludzie z kolejki odsuwają się w milczeniu na bok, nie widzę ich zresztą dobrze ponad moją stertą. Po ziemi toczą sie jabłka. Postraszę ją trochę i umknę – przebiega przeze mnie gorączkowa myśl. Wtem palce moje ześlizgują się i mimowolnie naciskam spust. Kasjerka pada na podłogę z przedziurawioną głową, a ja już biegnę w stronę wielkich schodów i w dół po tych schodach. Szybko, szybko, serce kołacze mi z przerażenia. Nie wierzę, że mnie nie złapią. Pójdę do więzienia. Przede mną czarny tunel.
Mijają dwa dni, nikt mnie nie szuka. Jestem niespokojna. Sama wychodzę z domu, muszę rozładować napięcie. Wpadam na znajomego. Wiem, że o wszystkim wie, czuję że wszyscy dookoła na ulicy wiedzą.
– Szukają mnie? – Pytam ostrożnie.
– O nic się nie martw – mówi do mnie ciepło. – Jeszcze tydzień i sprawa przycichnie. Nikt nie będzie zawracał ci głowy.
Źle mi z tą odpowiedzią, chyba się boję. Telefonuję do B.:
– Co mówią ludzie? Kiedy postawią mnie przed sądem? Czuję się podle. To był wypadek…
– Wyluzuj! Pod sąd może i pójdziesz, ale nic na ciebie nie mają, spokojna głowa. Tylko uważaj na przyszłość, staraj się nie rzucać w oczy.
Idę ulicą i staram się nie rzucać w oczy. Powierzchowni znajomi nawet przestali już mi się kłaniać, jestem jakby przezroczysta. Trochę to boli, ale za to czuję się bezpieczniej. Za to często spotykam starych przyjaciół i cieszę się ze wspólnie spędzanego czasu. Żadne z nich nie wspomina o tym tragicznym incydencie, żeby mi oszczędzić zawirowań emocjonalnych. Tylko czasami ich przyłapuję, jak na mnie patrzą ukradkiem z dziwnym wyrazem twarzy.
Mój tata robił sobie kiedyś klasery na śrubki z pudełek po zapałkach. Takie same klasery mielismy w zerówce, a w każdej szufladce zamiast śrubki leżał skrawek papierka z literką alfabetu. Podobała mi sie idea klasera, bo raz że porządek, dwa – pudełkowe klasery przypominały mi miejsce, w którym mieszkamy, czyli blok piętrowiec.
Mój blok miał dwie klatki, połączone od dołu piwnicą, a od góry jedenastym piętrem-tunelem. Dwie klatki, dwa różne otwory wziewne, dwa komplety rodzin po cztery na piętro, a wśród nich barwny korowód przekupek, wariatów, dewiantów, uzależnionych oraz imbecyli. Pośród nich plątaliśmy się my, dzieci, zacinając windę z pasażerami za pomocą dźwigni awaryjnej, zrzucając butelki z dachu i chowając się potem w zsypie na śmieci. Schodząc w dół zeskakiwaliśmy po osiem schodków na raz, powiadalismy sobie o faszystach żyjących w piwnicach i tnących po twarzy żyletkami, a w przerwach wpieprzalismy kiszoną kapustę z warzywniaka albo galaretkę w proszku. A potem nic, poszliśmy na studia, wyjechaliśmy z miasta albo dołączyliśmy do korowodu przekupek i konowałów. Tak jak w klaserze, wszystko było na swoim miejscu.
Obiecałam sobie, że już nigdy nie dołączę do żadnego bloku, a znowu mieszkam w klaserze na trzynastym piętrze – w Tajpej. Codziennie jadę windą i codziennie witam się ze strażnikami ochraniającymi cały kompleks. Czasami mają dla mnie przesyłkę do odebrania, a dzisiaj mi powiedzieli, że z odkrytego basenu będzie można korzystać już w maju. Kompleks ma cztery klatki, każdy budynek ma szesnaście pięter, na każdym piętrze jest osiem mieszkań i w tych mieszkaniach codziennie chowają się całe rodziny. Przemykają dyskretnie podwórkiem do domu albo zjeżdżają windą prosto do samochodu w podziemnym garażu. Nikt ich nigdy nie odwiedza, bo w kulturze chińskiej dom to sfera prywatna, gdzie nie przyjmuje się gości. Więc wszyscy dewianci i pomyleńcy chowają się głęboko w swoich głowach i tylko ich dzieci znają ich tajemnice.
