You are currently browsing the category archive for the 'lato 2008' category.
Spędzam dużo czasu z małymi dziećmi. Bawimy się, gramy w gry, zgadywanki, lepimy, rysujemy, robimy teatrzyk kukiełkowy. I często wszystko przebiega bez zakłóceń, jest wesoło, dużo żartów i śmiechu.
Rysuję zadanie matematyczne na tablicy. Debbie jest najlepsza, rzuca rozwiązanie okrągłym zdankiem po angielsku. Robimy eksperyment z cieniem ołówka i latarką. Ariel w mig zastępuje mnie przy demonstracji i tłumaczy regułę zmiany rozmiarów cienia reszcie grupy. Benjamin trzepocze zalotnie długimi rzęsami i mówi miękkim głosem: – Jesteś piękna jak kwiat, Justyno.
I wtedy ze zgrozą dostrzegam, że się zaślinił i wyciera buzię śliniakiem w postaci szmatki zawieszonej na piersi. Debbie, Ariel, Brian, Eason, wszyscy oni mają takie śliniaki poprzypinane ogromną agrafką. Naomi siedzi na miniaturowym kiblu bez drzwi i uśmiecha się szeroko, a z nosa wychodzi jej ogromny glut. Zastanawiam się, dlaczego wcześniej nie dostrzegłam, że mam do czynienia z bandą upośledzonych przykurczy.
Złapałam się na tym, że po godzinie przebywania z młodymi geniuszami, skoncentrowania na zadaniu, zapominam że przebywam z dziećmi. Zapominam, że to tylko sześciolatki, które trzeba dopiero nauczyć, żeby nie straszyły usmarkaną facjatą i nie ryczały jak przegrają w Banana.
* Na ogrodzeniu wybiegu dla szympansów w tajpejskim zoo wisi informacja, że inteligencja dorosłego szympansa równa jest inteligencji sześcioletniego dziecka. Każdy sześciolatek na niedzielnym spacerze po zoo z rodzicami ma więc okazję zapytać swoich małpich braci, czy jedzenie smaczne i stróż pobłażliwy.
Tak się składa, że uczę angielskiego w przedszkolu. Przedszkole nazywa się Amerikan Inglisz i codziennie rano aplikujemy jego małym wychowankom obrzynek lepszego świata. My, czyli reprezentacja Ameryki w składzie: dwie Tajwanki Cynthia i Summer, Anglik Joe oraz ja, Malwina z Krotoszyna. Co rano wchodzę do kolorowej salki gdzie juz na mnie czeka dziatwa usadzona w księżyc na identycznych czerwonych stołkach z Ikei. Śpiewamy „To jest piłka” na rozgrzewkę i trzy czwarte zgromadzonych się w to wkręca, wymachują rękami pokazując jaka piłka jest okrągła i śpiewa.
Jedna czwarta myślami jest gdzie indzej. Kevin podchodzi do Michaela: – Siedzisz na moim stołku – mówi z wyrzutem. – Srołku – odpowiada na to Michael głębiej wwiercając zadek w czerwony taboret. – Oddaj mi stołek – krzyczy Kevin tupiąc, a nasz śpiew niesie się do innych salek i kładzie łagodnie na małych mądrych główkach. Kevin-srevin – powtarza Michael z satysfakcją i czeka co będzie, a wtedy Kevin dostaje palpitacji, zaczyna się trząść i charczeć. Palce pani Alicji jak kleszcze zaciskają się na ramieniu Kevina i chłopiec lewituje do góry jak śmieszny wełniany gałganek. Chwila napięcia i wrzasku. Pstryk. Koniec konfliktu – Kevin z wytarganymi uszami leje łzy w kącie na nieswoim stołku. Michael z werwą dołącza do chóru: – To jest piłka, a to jest ołówek!
W kulturze chińskiej numery i numerologia mają dużo poważniejsze znaczenie niż w krajach Zachodu. Cyfry dzielą się tam na przynoszące pomyślność oraz na przynoszące nieszczęście. Ludzie płacą wysokie sumy za pożądany numer telefonu, numer konta bankowego czy korzystny zestaw cyfr na rejestracji samochodu.
Szczęśliwe numery to przede wszystkim 8 oraz 6. Nie przez przypadek Olimpiada w Pekinie rozpoczęła się 08.08.2008 o godzinie 8. „Osiem“ po chińsku (八 czyt. „ba“) wymawia się podobnie do pierwszej sylaby „fa“(發) słówka “facai” (發財), oznaczającego pomyślność finansową, bogacenie się.
Z kolei nieszczęśliwą cyfrą jest 4, której wymowa – „si“ kojarzy się z wymową wyrazu „śmierć“. Z tego względu w hotelach i szpitalach często nie ma pięter czwartego, czternastego czy dwudziestego czwartego. A pod numerami telefonów, w których jest kilka czwórek pod rząd, rejestruje się przyjeżdżających na Tajwan Europejczyków i Amerykanów. Nie jest to seria trzynastek, „wielki nos“ niczego nie zwęszy i nie zgłosi reklamacji.
Pod koniec zeszłego roku w Tajpej szczęśliwie brzmiące numery telefonów komórkowych osiągnęły zawrotne sumy na aukcji charytatywnej. Najdroższy okazał się numer 0988-888-888 sprzedany za sumę 6,3 mln dolarów tajwańskich. Ów szczęśliwy ciąg cyfr czytany w języku tajwańskim (drugim co do powszechności użycia, oprócz chińskiego mandaryńskiego, językiem Tajwanu; trzecim jest aborygeński hakka) oznacza po prostu: „Będziesz bogaty, bogaty, bogaty, bogaty, bogaty, bogaty, bogaty, bogaty“.
Drugim najszczęśliwyszym uczestnikiem aukcji okazał się nabywca numeru 0988-168-168. Dlaczego? Bo numer ten czytany na głos znaczy z kolei: „Będziesz bogaty, bogaty, bogaty na całego, bogaty na całego.“
Na trzecim miejscu znalazł się numer 0988-555-888. („Będziesz bogaty, bogaty, ja, ja, ja, bogaty, bogaty, bogaty“)…
Samo wymienianie się numerem telefonu z takim farciarzem od ósemek może wywołać gwałtowne wzruszenie z palpitacją serca: „Bogaty na całego!“. Zwłaszcza, jeśli jest się uświadomionym posiadaczem feralnego kompletu czwórek.
Zrywam się z łóżka prosto w gumowe klapki i po schodach na dół. Kask, ciemne okulary plus maseczka ochronna z wyhaftowaną świnką i już jestem na drodze. Szybko, haustami, podkręcam gaz bo zielone. – Wruuuuuu – aż się cała marszczę do kompletu, ale udaje się i przepływam samym środkiem skrzyżowania-monstrum. Jako pierwsza i jedyna, bo wszyscy inni stoją jak zaklęci. Jest wczesne popołudnie, ruch na ulicach powinien być umiarkowany, co i tak zawsze wygląda jak godzina szczytu we Wrocławiu. A dzisiaj pędzę i mam całą dwupasmówę dla siebie, ogarnia mnie poczucie szczęścia, zaczynam śpiewać, ale po chwili już czuję się cosik nienormalnie. Następne światła, zapala się czerwone. Rozglądam się, a wokół pusto. Nie ma ludzi, nie ma samochodów, nie ma skuterów, jestem ostatnim człowiekiem w Tajpej. Wbijam paznokcie w kierownicę i myślę, czy jest jeszcze sens jechać gdzieś, gdzie już nie ma nic.
I pojawiają sią policjanci na skuterach. Stoimy na przeciwko siebie i absurdalnie czekamy aż zapali się zielone nad pustą drogą. Pstryk: zielone. Podjeżdżają. – 防空演習 (powietrzne ćwiczenia wojskowe w razie nalotu Chin na Tajwan) – mówi władza i rozpływa się. Wtaczam się potulnie pod wiadukt i w zakamarkach cienia zaczynam rozróżniać ludzkie sylwetki. Siedzą, leżą, kucają. Koło skuterów, w samochodach, na rowerach. Nigdzie nie ma napięcia, tylko lenistwo cichego popołudnia. Szeleszczą rozkładane gazety, dzieci się śmieją rozkosznie a ptaki słodko świerkają. Zza rogu słyszę dźwięk rąbanego drwa, albo go sobie tylko nieprzytomnie dopowiadam. Sadowię się głęboko w cieniu i przymykam oczy. Wielkiego miasta siesta.
Ten półgodzinny niezapowiedziany alarm odwołano o piętnastej. Na przeraźliwy ryk syreny obwieszczający załatanie tej cudownej dziury w czasie, miliony mrówczych pojazdów gwałtownie odkleiło się od krawężników i zalało ulice mrówczego miasta.




