You are currently browsing the category archive for the 'jesień 2008' category.

 

Pierwszy dzień w szkole był miły i pełen niespodzianek. Napisałem o nim w mejlu do mamy. Napisałem jej tak:

Po szczęsliwym dotarciu na miejsce ulokowałem się w mieszkaniu mojej przyjaciółki z Polski, a następnego dnia poszedłem do szkoły, bo był dzień orientacyjny. Będę miał zajęcia w poniedziałki od 9 rano do 16 i w środy od 12 do 16. Bardzo mnie to ucieszyło, bo będę miał więcej czasu na zwiedzanie i prowadzenie mojego pamiętnika. Poza tym poznałem ciekawych ludzi, z którymi umówiłem się na spotkanie w weekend. Wszyscy oni też są obcokrajowcami, z tym że niektórzy mieszkaja tu juz długo. Na razie cały czas szukam mieszkania,  penetruję okolicę, robię zdjęcia i piszę. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze, ucałowania ode mnie.

Czarek

 

Wiadomo, że mamie nie będe pisał szczegółów, że poszliśmy na piwo, że były dwie fajne dziewczyny z którymi się zaprzyjaźniłem i że stypendium jeszcze nie przyszło.

A spotkanie wyglądało tak, że usiedliśmy w pubie gdzie też byli jakos sami obcokrajowcy i opowiadaliśmy sobie nasze historie. Skąd sie tu wzięliśmy i jakie mamy plany. Okazało się, że każdy jakieś ma. Marokańczyk ma kontrakt w firmie informatycznej i firma płaci za jego dalsza edukację, Angielka przyjechała za chłopakiem Japończykiem, Koreanka mówi, że studia tutaj są tańsze niż w Korei, a Paragwajczyk, że po prostu dostał stypendium. – To tak jak ja – ucieszyłem się. – Też mam stypendium na dwa lata. – Paragwajczyk wtedy zapytał, co mnie skłoniło do podjęcia decyzji o studiach w tak późnym wieku. Czy w Polsce nie ma szans dla młodych ludzi w edukacji i na polu rozwoju osobistego? Roześmiałem się i odpowiedziałem, że Polska jest krajem stwarzającym bardzo duże mozliwości i że tak naprawdę kocham swój kraj, tylko że lubię podróżować, a nigdzie w zasadzie nigdy nie jeździłem z braku środków, bo w rodzinie zawsze było z pieniędzmi krucho, byłem tylko raz na obozie w Czechosłowacji i ze dwa razy w Niemczech. A myślę, że człowiek powinien rozszerzać swoje horyzonty i korzystać z życia, zwiedzać i robić notatki z przemysleniami bo to poszerza jego rozwój duchowy. Wyznałem im też, ze planuję napisać książkę o moim pobycie w Azji. Słuchali mnie z dużym zainteresowaniem, co sprawiło mi wielka przyjemność. Więc powiedziałem im jeszcze, że fotografuję przyrodę i zwierzęta oraz że żywię cichą nadzieję, że uda mi się tu na Tajwanie znaleźć kobietę swojego życia, bo do tej pory z moim szczęściem w tym kierunku bywało różnie, i że niekoniecznie musi to być kobieta z Tajwanu, że podobaja mi się wszystkie kobiety różnych narodowości. Słuchali mnie i zadali nawet kilka pytań, troche mi sie słówka myliły po angielsku i starałem sie mówić głośno i wyraźnie. Aż troche rozbolało mnie gardło i na drugi dzień po wstaniu musiałem płukac solą. A potem rozmowa przy naszym stoliku zeszła na inne tory, zaczęliśmy się dzielić wrażeniami z naszego pobytu w Tajpej, ale zrobiło się późno i wszyscy się podniesli do wyjścia, więc podniosłem sie i ja. Wracałem do domu metrem i było mi błogo od piwa i od mysli, że poznałem ludzi, z którymi mnie coś łączy. Będziemy razem studiować.

 

Idę rano do przedszkola, a tam zmiana dekoracji. „English is fun“ – panie przedszkolanki zdrapują łacińskie litery z frontowej ściany holu, zostawiając tylko wiszącego obok pobladłego misia-pacysia, takom maskotke pszeczkolaków. Kierowniczka w róż obcasie nadzoruje znoszenie materiałów edukacyjnych do kantorka pod schodami. Pucu-pucu, stuku-stuku: chowane są książki, flaszkardy i plakaty z angielskimi słówkami. Pomagaja wszyscy – panie zazwyczaj czyszczące zabawki i zbierające rzygi z podłogi oraz kuchenna służba.

- Co to, kurta jest – mówię w strone Kivi, która na święto Halloweena była za króliczka plejboja, choć na co dzień jest opiekunką Piętnastu, z których jedenaście nie ma skończonego trzeciego roku życia. – Potrąbiło starom? – I patrzę zezem na kierownicę, która kica króliczkiem na co dzień, za to w Halloween była dobrom wróżkom.

- Wizytacja – wzdycha Kivi rozcierając smarki na swoim kolanie – Dostosowanie sal do wymogów ministerstwa edukacji. – Kivi ucisza Piętnastu, bo nastąpiła wojna o czerwony stołek. Brian krzyczy, żeby go nikt nie dotykał i żeby wszyscy natychmiast wracali na swoje miejsce. Pewnie ma mokrą pieluchę.

Dowiaduję się, że całe przedszkole ma wyglądać jak miejsce beztroskiej zabawy, a nie przedłużenie szkoły. Więc usuwa się całą tą zewnętrzną otoczkę zdradzającą wciskanie małym główkom zawartości dużych książek z wielością mądrych napisów. Oni na co dzień gaworzom i sliniom sie do siebie pukając sie po głowach drewnianym klockiem. A nie że test z angielskiego pisemny w grupie trzylatków dzisiaj a matematyka po angielsku u czterolatków wczoraj i jak nie umiesz to wypierdalaj. Tylko jadalne kredki, gałganki, łagodne piosenki o mamie i tacie. Takie musimy zrobic wrażenie.

Kierowniczka wygładza przed lustrem fałdy na różowej spódnicy i przegląda, czy jej się pomadka nie zlizała podczas komenderowania, a wraz z nię przegląda się wesoły Helou Kiti, co jej wyskoczył na biuście. Odwraca się i widzi, że widzę, więc mówi:

- Pomadke byś sobie nałożyła, byś wtedy bardziej dziewczęco. Pojutrze fotograf przychodzi będzie fotografował wszystkich, to wtedy byś przynajmniej nałożyła. Moja córka to od liceum nie, ale na studiach zaczęła stosować i wypiękniała.

Notuję, że fotograf i pomadka na czwartek. I ze córka po studiach, pewnie sie cieszy że ma taką młodzieżowa mamę. Odwracam się do Kivi, bo Kivi też mogłaby być jej córką. I ja, nie chwaląc się, przy dobrym szczęściu też bym mogła i wtedy mogłybyśmy codziennie wymieniać się pomadkami i pewnie nie musiałabym też podbijac karty pracowniczej, bo mama by za mnie podbijała.

Kivi ma dwadzieścia cztery lata, miłą powierzchowność oraz spore doświadczenie w dowodzeniu nad grupą Piętnastu i im podobnymi. Patrzę, jak grupa Kivi jest zdyscyplinowana, choć tak młoda i niedoświadczona. Z kolei grupa Amber, nowoprzyjętej pracownicy, wymyka jej się spod kontroli. Dlatego w chwilach kryzysowych Amber zmuszona jest stosować przemoc. Najczęściej stosowaną formą przemocy wobec małoletnich jest tutaj bez wątpienia szarpanie – ty szmato, rozlałaś mleko, gdzie ty masz oczy wycierusie. Istnieja też subtelne rodzaje przemocy werbalnej, Jacky panicznie boi się pacynki Mikołaja, to trzeba go tą pacynką przed oczami zaskakiwać kilka razy dziennie, niech się zesra ze strachu, żałosna kreatura.

Patrzę, jak Amber znosi angielskie podręczniki do schowka. Martwi mnie to, bo jak będę niosła oświaty kaganiec bez niezbędnych matreiałów pomocniczych?

- Nie denerwuj się – uśmiecha się Amber – jutro wszytko wróci do stanu pierwotnego.

Hip hip hurra, czyli dalej będę mogła bez przeszkód rozcieńczać mózgi moich dwuletnich ulubieńców, co mamy w tym tygodniu, potrawy: picca, lody, hamburgeron, obwinę im móżgownice makaronem, każe pozakreslać spółgłoski w zeszycie ćwiczeń L – el – l – lody wodogłowe, siadaj na tyłku Ruby bo dostaniesz teścikiem!

Wizytacja trwa jeden dzień, w tym czasie kierowniczka rekompensuje rodzicom straty pieniężne i edukacyjne, niech tam będzie te pieniężne, ale jednodniowa dziura w edukacji ich dziecka może, choc nie musi, doprowadzic do późniejszych komplikacji w zdobywaniu wiedzy, no więc rekompensuje im tom dziure zabierając ich milusińskich na wyżerke w MakFrajdzie, środa, 10 grudnia 2008, 12 w południe, zapraszamy na kontemplacje. Z picom, lodem i hamburgerem w rolach pierwszoplanowych.


photo-131

Bloki w mojej okolicy są czteropiętrowe, poustawiane równolegle do siebie i ponumerowane od 1 do 10. Zaraz obok naszej klatki jest sklepik, jest szkoła, jest warsztat motocyklowy. Jest drzewo, w którym śpiewają ptaki. Wszyscy sąsiedzi się znają i żyją w pokoju i życzliwości.

Tutaj kończy się harmonia, a zaczyna chimera.

Bo każdy blok wygląda jak garbata gąsienica wygrzebana z mokrej ziemi. Chwiejny, z naroślą dobudówek na grzbiecie i przy chudym boku. Śliski dach porastają krzewy, chwasty, skromne uprawy. Do okien w kuchni włazi cherlawy bluszcz. Latem po wilgotnych ścianach rozłażą sie karaluchy różnych kształtów i rozmiarów, miliony świeżowyklutych i błyszczących wysypują się spod kuchenki na żer. Lato jest mokre i gorące i trzyma bardzo długo. Gąsienica żyje, tętni, drążona przez ludzkie termity, zamieszkana przez zwierzęta i rośliny.

Bohaterowie drugoplanowi to dziadek z drugiego i opóźniona w rozwoju wnuczka. Dziadek z pierwszego i kot z wyszarpanym uchem. Schizofrenik wystawiający monodram każdego poranka przy zaparkowanych skuterach. Babcia z trzeciego i pracownicy wytwórni ciastek na parterze, grający w badmintona w gumowych klapkach.

Dziś w południe budynek oddycha ciężko jak schorowana larwa, zżerana przez grzyba kwitnącego od parteru na dach. Grzyb na klatce schodowej rozlał się po całej ścianie drugiego piętra tworząc fantastyczne floresy z krainy leśnych podań. Grono dziadków łagodnie uspokaja przegiętą w kątomierz wnuczkę, która drze się jak opętana. W odległym kącie podwórka schizofrenia przechodzi do ataku, facet rzęzi i chrząka wygrażając w powietrze. Będzie padać.

A z dachu rozciąga się widok na rzekę, autostradę i ponurą baterię wielopiętrowców. Za nimi piętrzą się góry jak nieostra fototapeta. W ogóle to wszystko się piętrzy, psioczy i postękuje tuż przed samym deszczem.

Polak czy Polka za granicą to ciekawe zjawisko. Wyjeżdża za pracą, zdobywać edukację, po przygody. Wyjeżdża bezterminowo, bo gdzieś indziej czeka go lepszy świat, albo wyjeżdża na chwilę, żeby sfotografować się z palmą i zaistnieć potem na Naszej Klasie.

Ten od palmy jest uśmiechnięty i rozochocony. Ten bezterminowy na swojej ziemi obiecanej często czuje się zagubiony i pełen sprzeczności. Cały czas natyka się bowiem na obcych, którzy go gniotą i drażnią. Na Tajwanie obcy to Tajwańczyk, zwany dalej Chińczykiem. Taki chłopak na opak. Zamieszkuje wyspę Tajwan już kawał czasu, a wszystko co robi, robi źle. Chleb robi niedobry, a dobry dzień zaczyna się od dobrego chleba. Mówi kulawym angielskim, wszędzie umieszcza pismo obrazkowe i nie wie gdzie leży Polska.

Dla Palmy obcy są natomiast zupełnie przezroczyści, bo zajmuje go fotografia. I to wychodzi mu na zdrowie.

W tym czasie Polak, zwany dalej Nasz Człowiek, nerwowo notuje swoje obserwacje:

Rano: Chińczyk wstaje z łóżka i od razu co robi to źle się ubiera. Zakłada coś, czego u nas się nie nosi, bo jest kijowe i prowincjonalne. Dla porównania, nawet polska wieś choć ubiera się skromnie,  to twarzowo.

We dnie: Kijowo ubrany Chińczyk z grupką swoich hałaśliwych przyjaciół idzie ulicą. Nasz Człowiek, pyta o drogę, bo miał to ostatnio na zajęciach z chińskiego i się nauczył. Chińczycy zaczynają się śmiać zakrywając usta dłonią. Szczeniaki.

W nocy: W nocy Nasz Człowiek idzie na dyskotekę i zamawia piwa, żeby spotkać ludzi takich jak on, co się bawić potrafią. Chińczyk w tym samym czasie wcina parówki na patyku na Najt Markecie zapijając zieloną herbatą  z plastikowej butelki.

*****

Polak za granicą ewolucyjnie stoi wyżej od Tajwańczyka, bo za Polakiem stoi Szopen z Mickiewiczem i mu błogosławią. Bo Tajwan jest biedny i brudny, a Polska mądra i bogata. Bo tajwańscy chłopcy wyglądaja jak pedały, a polscy jak plejboje. Wylicza, porównuje, sarka. I stęka i wygrywa, i nęka się i triumfuje.

A Palma już dawno wrócił z wakacji, spotkał sie z przyjaciółmi, opowiedział, jak jedli ośmiornicę na surowo. Załadował zdjęcia na kompa, zamieścił na Naszej Klasie, podpisał: „Ja z żonką na wakacjach, hehe.“ I wysłał linka Naszemu Człowiekowi, żeby zobaczył, że on też był i teraz jest 1:1.

 

 

Polska szkoła w Krotoszynie
Polska szkoła w Krotoszynie

 

 

Polskie cztery pory roku były zawsze czymś jak najbardziej oczywistym, wyraźnie od siebie oddzielone wiosna, lato, jesień, zima; lód na jeziorze, kolorowe spadające liście, truskawka w czerwcu i bocian na Mazurach. Rytuał Bożego Narodzenia, bure, za duże zimowe kurtki pełznące po śniegu, odbicie do Wielkanocy i kościół jak zamek w centrum osiedla, a potem tylko odliczanie czasu do wakacyjnych upałów. Nie było żadnego rytmu, rytm był niewidzialny, bo cała moja sytuacja w Polsce była sytuacją wyjściową, zatem każda rzecz i każde zjawisko było światowe i uniwersalne. Po wyjeździe na Tajwan, wiele małych odstępków od tych uniwersalizmów z mego polskiego piedestału zwykło załazić mi za skórę.

Rytm Tajwanu wyznaczają pora deszczowa i pora sucha. Pora deszczowa to tutejsze lato, gdzie zamiast truskawek zbiera się dojrzałe mango i koszula lepi się do ciała nawet po zachodzie słońca. Rytm Tajwanu wyznacza też praca. Podczas gdy młodzi mieszkańcy polskich blokowisk po przyjściu ze szkoły jeżdżą na rowerze albo z przejęciem wybebeszają podwórkowe śmietniki, mali Tajwańczycy po całym dniu rozłąki witają się z rodzicami i idą do łóżek. Bo kiedy wypełnią cały plan szkolnych zajęć, jest już godzina dziewiąta wieczorem. Prywatne i publiczne tajwańskie szkoły zapewniają dzieciom nie tylko edukację, ale je także zapracowanym rodzicom przechowują, zmuszają do odrobienia lekcji, karmią, a  przy okazji wdrażają tajniki dyscypliny i posłuszeństwa starszym. Nawet w wakacje małolaty pobierają nauki w tzw. buxibanach, czyli szkołach prywatnych, oferujących zajęcia z matmy, chińskiego czy angielskiego. W kraju, w którym indywidualny czas człowieka w wieku szkolnym mierzy się częstymi egzaminami, nie ma czasu na folgowanie lenistwu. Po definitywnym wyjściu ze szkoły, niemal przez całe życie gonią Tajwańczyka młodzieńcze nawyki etosu pracy w postaci stosu piętrzących się nadgodzin i ciągłego poczucia obowiązku.

Nie ma czasu do stracenia. Tu, na Tajwanie, odpoczynek jest czynem nieprzyzwoitym. A w Polsce? Gorliwa nauka nadal pozostaje aktem wysoce podejrzanym i w momencie, kiedy tajwański student udaje, że jest ciągle zajęty, polski kujon oszukuje kolegę, że woli piwo do książek, żeby nie narazić się na drwiny.

Kiedy Polska śpi, Tajwan pracuje do późna w nocy, a potem wcześnie budzi się i idzie do pracy. Kiedy Polska śni, Tajwan przysypia z otwartymi oczami, żeby propozycja lepszego jutra nie przeszła mu koło nosa.