You are currently browsing the category archive for the 'Archiwum (2006-2007)' category.
- Linaaa, co rooobisz? – Lijun przyłapuje mnie jak nalewam wodę do miski.
- Eeee, będę kąpać skuter – wyjaśniam niechętnie.
- W gorącej? – na ułamek sekundy wsadza palucha.
- W gorącej? – próbuję zdystansować się do własnego rozdrażnienia i odwracam kaczkę ogonem.
- W deszczowy dzień chcesz kąpać skuter? – ironicznie wyszczerza się Sezhang, którego tu przed chwilą nie było.
- To pierwszy raz od roku, więc pogoda tu nie gra roli – czuję się złamana. – Właśnie przed godziną zdałam na prawo jazdy i muszę to oblać.
- Wiesz gdzie jest Most Huajiang – szepcze poufale Lijun wywijając zalotnie wargi na zawnątrz – Co nie?
- Wiem.
- To tam jest m y j n i a, umyją ci go za dwudziestkę.
- I…? – udaję, że nasza rozmowa jest jak rozsypane koraliki, każde słowo leży spory kawałek od innych i dlatego nie łapię powiązań między nimi.
- Po co ci się samej trudzić, jeśli ma się innych ludzi? – wykrzykuje na odchodne, na co ja już nie znajduję kąśliwej riposty. Zbieram swoje ściereczki i tylko patrzę za nimi zazdrośnie, jak idą w stronę szkoły i paplają. Mądrale.
Jedna z reklam społecznych którą lubię, wisi w pociągach metra. Przedstawia mnicha buddyjskiego stojącego na krawędzi wieżowca oraz napis: “Góra nie kluczy, droga kluczy; droga nie kluczy, człowiek kluczy; człowiek nie kluczy, serce kluczy. Pomyśl jeszcze dwie minuty, niekoniecznie musisz skakać*. Jest tyle dróg na Ziemi do wyboru.”
山不轉路轉 路不轉人轉 人不轉心轉
多想兩分鐘
你可以不必自殺
還有許多的活路可走
Zapuściłam wędkę i nawet znalazłam pasujący klocek na Youtube (klik)
* oryg. popełnić samobójstwo, tylko po polsku jakoś mi formalnie brzmi
- Jiu hou bu kaiche – mówi do mnie pani od ubezpieczeń i podaje mi wykupioną przeze mnie polisę na rozbijanie się skuterem. Patrzy mi poważnie w oczy. A ja poważnie zastanawiam się, czy się nie obrazić. Znaczy to bowiem: proszę nie prowadzić po spożyciu alkoholu. Chyba ma męża Plastusia albo jest lesbijką.
Przypomnienie, żeby nie pić przed podróżą autem jest nawet wykaligrafowane na jogurtach. Wzbudza to podejrzenie, że Tajwańczyki są moczymordy, a przecież wcale tak nie jest. Zakazy, instrukcje i obowiązki życia społecznego rozwieszane są w metrze, toaletach publicznych, placówkach oświatowych oraz tradycyjnie przekazywane gębowo, jak w ośrodku ruchu drogowego, w którym zdawałam egzamin na prawo jazdy.
Wszędobylskie przewodniki po codziennym życiu wśród ludzi przypominają nam o częstym myciu rąk, piciu dużej ilości wody, ćwiczeniom fizycznym przynajmniej trzy razy w tygodniu, ostrzegają przed chodzeniem na wysokich obcasach.
Jakbyśmy byli nieskończenie dodatnim zbiorem dzidziusiów, które rozlezą się bezmyślnie jeśli nikt ich w porę nie złapie za kaftan i nie ureguluje. Jak potem odnaleźć się w Europie, gdzie zamiast spójnego komunikatu organu państwa do organów obywatela oczekuje się od nas zdolności do wielorakiej interpretacji każdego ułamka świata przedstawionego?
a w ogole to jeszcze cos smiesznego.
przed chwila jak wracalam od kanadyjczykow to byla juz noc, pierwsza, zawsze pustki o tej porze w kampusie
ale tym razem przed akademikiem stoi ade i pali papierosa
ade jest z mojego roku, szkola sie bardzo przejmuje
wszystkim sie bardzo przejmuje, ma smiertelnie powazny stosunek do zycia ze az czasami ciarki czlowieka przechodza
ale ja nie o tym
no i stanelam kolo niego na pogawedke
w trakcie rozmowy przypadkiem namacalam zeby wampira w kieszeni
i odwrocilam sie na chwile zeby je zalozyc
potem zrobilam numer jacksonowy, ukrylam twarz w dloniach, po czym podnioslam glowe i sie wyszczerzylam
i ade jak nie krzyknal
naprawde sie przestraszyl
w sumie nic dziwnego, bylo ciemno i nikogo poza nami nie bylo
Na początku się tego nie zauważało, bo na początku wszystko bylo dziwne. A kiedy wszystko dookoła wydaje się dziwne i obce, niektóre szczegóły umykają naszej uwadze.
Lonely Planet pisze, że jak Chińczycy czują się zażenowani, to się śmieją. Nadepnie ci taki nieznajomy Tajwańczyk na nogę i parska śmiechem, z zażenowania.
Ale jak spadnie na ciebie jakieś nieszczęście z zewnątrz, też się śmieją, kanalie. Zatkał mi się kibel w akademiku i przez dwa dni nikt nie przyszedł go przetkać. Weien umierał ze śmiechu, jak mu się zwierzyłam. Zapytał zalotnie, czy śmierdzi. A śmierdzi, czyli wszystko wygląda jak w konwencjonalnej komedii rodzinnej. Nawet wkładałam prawą rękę po łokieć, żeby sama odetkać, ale nie przyszło mi do głowy żeby to sfilmować i popchnąć na Youtube.
W zeszłym tygodniu podsłuchuję, jak moja współlokatorka rozmawia przez telefon ze swoją profesor od tańca. Ustalają termin, do kiedy Qianqian musi oddać esej na temat Penche, czyli jednej z figur tanecznych, w której to Qianqian potrafi się wygiąć.
- To ja w takim razie wieczorem wyślę mój esej pani profesor do sprawdzenia, dobrze?– zdanie kończy perlisty rechot, aż podnoszę się na łokciach, bo właśnie leżę na płask na swoim łóżkowym piętrze, i odpoczywam. – To którą część najpierw poprawić? –chichocze Qianqian w słuchawkę. – Czy po angielsku może tak zostać? Czy dodać jeszcze kilka zdań, bo jakoś krótko jest – krztusi się wesoło. – Dziękuję bardzo pani profesor za cierpliwość, hahahaha.
Chyba jest speszona, że rozmawia z wyższą instancją. Niepokojący, rozstrajający, psychopatyczny efekt. W imię protestu odwracam się do ściany i zapadam w drzemkę.
- Chciałem jechać dzisiaj nad morze, ale pada deszcz – poskarżył się rano w szkole Aka.
Mi jakoś nie przyszło do głowy, żeby jechać nad morze. Ale już stoję na stacji, żeby popatrzeć, jakie jeżdżą pociagi. Godzina 13:35. Wsiadłam w ten do Keelung. Potem autobus do Badou. Deszcz pada i jest ciemno. Tajwan za oknem się rozmazuje, a koło mnie baby z torbami gadają. Jest bardzo prowincjnalnie i śmierdzi spalinami. Licealista okłamuje rozmówcę przez komórkę, że jest korek na drodze. W Badou okazuje się, że nie ma plaży. Pani z Seven-eleven, gdzie pytam o drogę, przeprasza mnie za tę niedogodność i proponuje w zamian punkt widokowy o tam – macha ręką przed siebie. Piętnaście minut wspinam się na błyszczącą od deszczu górę, skąd roztacza się widok na ocean; wiatr nim szarpie i mną szarpie wściekle próbując zepchnąć z kamiennego stołu na którym stoję sobie jak pomink Marii Konopnickiej w Suwałkach.
Wracając gubię się na chwilę, ale zaraz z przyjemnością trafiam na sklep i kupuję suche skarpetki oraz prezydenckiego Taipei Timesa, żeby wypchać mokre buty. Autobus powrotny pełen jest tworów gimnazjalno-licealnych w niebieskich dresomundurkach. Chichrają się, a jakaś para za mną gada w zwolnionym tempie, jakby byli nienormalni, ale zapominam się obejrzeć przy wysiadaniu i w końcu nie wiem, czy naprawdę byli nienormalni. Rozmawiali o porannym wstawaniu, o której godzinie dziś wstali i o której generalnie wstają oraz jak w tym względzie wypadają ich rodzice. Mama chłopca wstaje o dziewiątej. Ale dobrze jest wstawać o ósmej trzydzieści. Pomylony bełkot podpiłował moją przesiąkniętą deszczem czaszkę i zrobiło mi się słabo.
Pociąg. Zięć Chen Shui Biana (prezydent) został skazany na 6 lat więzienia za bulwersujące malwersacjo-defraudacje, ojciec zięcia na 8. To pierwsza strona Taipei Timesa, ale tekst mały i nie ma żadnego zdjęcia, za to na samym środku informacja o matce, która zginęła podczas trzęsienia ziemi ratując swoje dzieci i fotografia jej roześmianego synka. Wypycham buty sportem i dodatkiem biznesowym.
Jak dojeżdżam do Tajpej jest szósta, ciemno i tylko 10 stopni. Odgrzewam wczorajszą zupę marchwiowo-rzodkwiową i w międzyczasie rozpłaszczam karalucha, który płochliwie wysypuje się z lodówki. Dobrze, że Qianqian nie widzi. Szczura jakoś przełknęła, ale karaluchy to byłaby już lekka przesada. Read the rest of this entry »
Jakoś ponad rok temu uczyłam w sobotę angielskiego w jednym z buxibanów (szkoła prywatna). Była 10 rano i na przerwie jeden z uczniów, Jacky, zaczyna marudzić, że jest głodny. Wyciągam swojego drugośniadaniowego banana z plecaka i pytam, czy chce. Nie chce. Chwila ciszy, szepty. “Teacher, it’s a monkey food” – wyjaśnia rezolutnie Eric.
Mieszkam na wyspie w kształcie takiej zwichniętej gęsi, z głową wyciągniętą w w kierunku południowym. Wyspa ma około trzech kilometrów kwadratowych i mieszczą się na niej aż trzy szkoły – podstawówka, szkoła średnia dla tzw. Overseas Chinese, czyli tych wychowanych przede wszystkim w USA czy Kanadzie oraz mój uniwerek.
Zaraz za mostem prowadzącym na wyspę wzdłuż głównej ulicy DaGuan przez jakies 50 metrów ciągnie się Tajwan w pigułce. Zestaw handlowo-usługowy potrzebny do zaspokojenia podstawowych potrzeb biologiczno-konsumenckich. Dwie ciasne knajpy z blaszanymi stolikami i jarzeniówkowym oświetleniem, s erwujące m.in świńską krew, pralnia samoobsługowa na wzór amerykański, punkt fotograficzny gdzie można wywołać zdjęcia i kupić aparat, budka z kao digua, czyli pieczonymi batatami, punkt sprzedaży i naprawy skuterów, sklep z kaskami skuterowymi i odzieżą przeciwdeszczową, fryzjer, lekarz tradycyjnej medycyny chińskiej, weterynarz, stoisko z zhenzhu naicha, czyli herbatą z galaretkowymi kulkami rozlewaną do plastikowych półlitrowych kubków ze słomką, dobrze zaopatrzony sklep papierniczy, seven-eleven (konwiniens stor przybyły ze Stanów) oraz dwa stoiska z binlangiem, tutejszym legalnym narkotykiem. Tylko żyć tu i umrzeć tu, nie przekraczając mostu. Pomiędzy praniem, spożywaniem czy chorowaniem, znalazłaby się chwila na przyjemności w postaci przeżuwania zhenzhu z herbaty na zmianę z binlangiem.
Dzisiaj wieczorem na tych klikudziesięciu metrach wzdłuż ulicy DaGuan było kolorowo, tłoczno i rycząco. Tajpej wraca do domu po męczącym dniu. Dziewczyna sprzedająca binlang siedziała przy samej ulicy na wysokim stołku ubrana w różowe pościelowe wdzianko i bawiła się komórką, a obok niej dwóch surowych policjantów na baczność obserwowało nieszczęsnych zmotoryzowanych doświadczonych ciężką pracą. (Koniec miesiąca, policjanci na gwałt wyrabiają normę, wczoraj w nocy na drodze z Tajpej do Banqiao widziałam aż trzy przyczajone patrole.) Batatowy pan, który prosił mnie ostatnio, żeby do jego ośmioletniej córki zagadywać po angielsku, machał do mnie znad parującego kotła krzycząc, że dawno się nie widzieliśmy.
Potem skręcam w Houjie, czyli ulicę na tyłach uniwersytetu, gdzie jest dużo ciemniej i ciszej. Ciąg bardzo urokliwych podrzędnych restauracji, na progu jednej z nich niezmiennie tkwi dorosły pies w klatce niewiele większej od klatki mojej szczurzycy, nawet poidełka mają takie same, tylko pies większe. Potem następny papierniczy z szyldem wymalowanym farbami po rosyjsku : “magazin” (nikt już nie pamięta, dlaczego), potem sklep z ramami okiennymi i z żywym kotem na wystawie, znowu fryzjer, ale pani fryzjerka właśnie robi coś klientowi, leżącemu na rozkładanym fotelu dentystycznym, przy twarzy, nie mogę dostrzec co dokładnie. Dalej ogromny składozłom starych lodówek, pan tego złamanego królestwa upierał się kiedyś, że mi jedną z takich lodówek sprzeda za 2500 kuajów (ok. 250zł) a potem wniesie na moje 2 piętro w akademiku za następne 500. W końcu kupiłam lodówkę od Japończyka, co się obwieszczał w internecie, dużo taniej zresztą.
Potem jeszcze chwilka i jestem w akademiku.
Tajwańskie pytania z kategorii grzecznościowych. Jest ich trochę. Poniżej te, które mnie osobiście dotyczą:
1. Ni chi le mei? – Jadłaś już?
Zadawane w porze głównych posiłków. Np. w południe o dwunastej trzydzieści, podczas przejażdżki windą z kimś, kogo się zna na tyle, że wypada zamienić kilka słów.
W każdym wypadku odpowiadamy: Jadłam, jadłam.
2. Xizao le ma? Pyta mnie Qianqian każdego wieczora, na co odpowiadam zgodnie z prawdą: Tak/Nie.
(Tłumaczenie: Czy już brałaś prysznic?)
3. W zasadzie nie pytanie, a grzeczne zagadnięcie: Wo huilai le! (Wróciłam!)- znowu Qianqian, tym razem przy wejściu do naszego pokoju. Wygląda na zwrot czysto informacyjny, ale kiedy nie reaguję, krzyczy:
- Lina, wróciłam!
- Wróciłaś? Ha! Ile dziś piątek przyniosłaś? – podpytuję dobrodusznie.
Z tym prysznicem to myślałam, że chodzi może o przypominanie o codziennych powinnościach higienicznych . Ale nie, to takie czułe oznaki tendencyjnej życzliwości. Przyszedł czas, że przyzwyczaiłam się i sama zaczęłam pytać, bo tak ciekawiej. Przypominają mi się moi Kanadyjczycy z zeszłego roku, którzy pytali mnie z uśmiechem “How are you?” nawet do kilku razy dziennie, aż do gęsiej skórki.
I’m good. And you?
