Spędzam dużo czasu z małymi dziećmi. Bawimy się, gramy w gry, zgadywanki, lepimy, rysujemy, robimy teatrzyk kukiełkowy. I często wszystko przebiega bez zakłóceń, jest wesoło, dużo żartów i śmiechu.
Rysuję zadanie matematyczne na tablicy. Debbie jest najlepsza, rzuca rozwiązanie okrągłym zdankiem po angielsku. Robimy eksperyment z cieniem ołówka i latarką. Ariel w mig zastępuje mnie przy demonstracji i tłumaczy regułę zmiany rozmiarów cienia reszcie grupy. Benjamin trzepocze zalotnie długimi rzęsami i mówi miękkim głosem: – Jesteś piękna jak kwiat, Justyno.
I wtedy ze zgrozą dostrzegam, że się zaślinił i wyciera buzię śliniakiem w postaci szmatki zawieszonej na piersi. Debbie, Ariel, Brian, Eason, wszyscy oni mają takie śliniaki poprzypinane ogromną agrafką. Naomi siedzi na miniaturowym kiblu bez drzwi i uśmiecha się szeroko, a z nosa wychodzi jej ogromny glut. Zastanawiam się, dlaczego wcześniej nie dostrzegłam, że mam do czynienia z bandą upośledzonych przykurczy.
Złapałam się na tym, że po godzinie przebywania z młodymi geniuszami, skoncentrowania na zadaniu, zapominam że przebywam z dziećmi. Zapominam, że to tylko sześciolatki, które trzeba dopiero nauczyć, żeby nie straszyły usmarkaną facjatą i nie ryczały jak przegrają w Banana.
* Na ogrodzeniu wybiegu dla szympansów w tajpejskim zoo wisi informacja, że inteligencja dorosłego szympansa równa jest inteligencji sześcioletniego dziecka. Każdy sześciolatek na niedzielnym spacerze po zoo z rodzicami ma więc okazję zapytać swoich małpich braci, czy jedzenie smaczne i stróż pobłażliwy.


No comments yet
RSS dla komentarzy tego wpisu